05/02/2018
admin

Ekonomiczna teoria antysemityzmu

Ktoś, kto zna cenę wszystkiego, ale nie zna wartości niczego – taką opinię o ekonomistach przypisuje się Oscarowi Wilde’owi. Choć rzeczywiście on napisał te słowa, padły one w sztuce i w odniesieniu do konkretnego cynika, a nie w stosunku do ekonomistów jako takich. W ostatnim czasie dość często wskazuje się, że u podstaw decyzji o charakterze gospodarczym leżą przesłanki nieekonomiczne, bo ekonomiści nie umieją właściwie wycenić prawdziwych i głębokich wartości. Nikt w Wielkiej Brytanii nie ma wątpliwości, że Brexit będzie miał negatywne skutki gospodarcze – lecz jest to poświęcenie, które wystarczający odsetek obywateli uważa za znośną cenę za „suwerenność”. Nie ma żadnych ekonomicznych cech odróżniających zwolenników Brexitu od jego przeciwników – ale grupy te różnią się zasadniczo systemem przekonań (zwolennicy, w sensie dominujących tendencji, popierają karę śmierci, są natomiast przeciwnikami aborcji, zrównania praw cywilnych osób nieheteroseksualnych, itp.). Podobne wnioski dają badania dotyczące wyników wyborów w USA, Polsce czy Francji. Zwolennicy AfD w Niemczech nie doświadczają gorszych warunków na rynku pracy niż zwolennicy SPD czy dowolnej innej partii. Wyborcy Trumpa nie są ubożsi a ich miejsca pracy bardziej zagrożone imigracją niż wyborców Clinton. Ekonomia nie tłumaczy polityki i społeczeństw.

A jednak. Tylko trzeba spojrzeć szerzej. Przyjrzeć się głębszym mechanizmom relacji pomiędzy grupami społecznymi, etnicznymi itp. Kościół Katolicki zabraniał przez wieki czerpania korzyści finansowych z pożyczania pieniędzy (tzw. lichwy). Złagodzenie tego ograniczenia na bankowość i usługi finansowe miało miejsce dopiero w drugiej połowie XVIII wieku. Takich ograniczeń nie było w Niemczech w landach, które w okresie Reformacji przeszły na protestantyzm. Przez całe średniowiecze i renesans na terenach podporządkowanych Rzymowi seniorzy lenni (najczęściej książęta) udzielali licencji na transakcje finansowe Żydom. Licencje takie były zazwyczaj bardzo szczegółowe, określały przypadki, w których w ogóle wolno pobierać odsetki oraz ich maksymalną wysokość. Podobne licencje mogli uzyskać też chrześcijanie w landach protestanckich. Po tych licznych decyzjach często pozostawał papierowy ślad. Dzięki temu można prześledzić intensywność całego procesu przed i po Reformacji.

Okazało się, że w miastach, które przeszły na protestantyzm, antysemityzm wzrósł i był silniejszy niż w tych miastach i powiatach, które pozostały poddane Rzymowi. Autorzy argumentują, że mechanizmem stojącym za tą różnicą jest komplementarność kulturowa: katolicy potrzebowali Żydów, by mieć od kogo pożyczać, protestanci nie. Egoistyczne bariery, by ujawnić niechęć i by mogła ona eskalować aż do przemocy były zatem silniejsze na terenach katolickich niż protestanckich. Korelacja przetrwała 600 lat, bo tendencje utrzymały się aż do wyborów w 1935 roku.

Jak zmierzono wzrost antysemityzmu? Jak w ogóle zmierzyć antysemityzm w XVI i XVII wieku? Wymagało to niemałej kreatywności. XV-wieczny autor, jako przejaw własnych przekonań na temat świata, stworzył listę dzieł wystarczająco antysemickich, że jego zdaniem zasługiwały na wzmiankowanie. Na jej podstawie skonstruowano algorytm przewidujący poziom antysemityzmu na podstawie słów pojawiających się w tytułach książek – algorytm uczący się na słowach kluczach, Bayesowsko, w oparciu o liczne heurystyki. Algorytm przyznaje punkty na podstawie słów w tytule i sprawdza się znakomicie, co zweryfikowano na współczesnych publikacjach (można to sprawdzić samemu, online). Zastosowano go do spisów publikacji ukazujących się w poszczególnych niemieckich miastach. Tworzone wówczas listy publikacji (drukowanie podlegało w tamtym czasie licencjonowaniu na terenie większości Europy) zachowały się do dziś – pomimo wojen, powodzi i pożarów. Wraz z nakładami, co pozwala ocenić nie tylko sam fakt publikacji, ale także z rozsądnym przybliżeniem – faktyczne czytelnictwo, a zatem popyt na antysemickie idee. Alternatywną miarą antysemityzmu jest oczywiście liczba pogromów w roku/mieście i liczba ofiar. Tu także zachowały się pełne rejestry. Jednak w przeciwieństwie do publikowanych (i czytanych!) książek, pogromy są kulminacją antysemityzmu i mogą być pochodną wielu różnych czynników (zaogniający się konflikt polityczny, głód, choroby, itp.).

Czyli jednak gospodarka? Biologia i historia uczą tego samego: przetrwają rozwiązania skuteczne, a zanikają nieskuteczne, nawet jeśli są budowane na ideach zdolnych porwać tłumy. Badanie ekonomicznych przesłanek antysemityzmu pokazuje, że jeśli występuje komplementarność pomiędzy grupami, jeśli jakaś grupa społeczna jest innej grupie społecznej potrzebna — nie niszczą się one na wzajem. Gdy potrzeba zanika —ludzie częściej dają ujście swojej niechęci, także z użyciem przemocy.

Badanie to przeprowadzili Sascha O. Becker (Niemiec pracujący od dekady w Wielkiej Brytanii, obecnie Warwick) oraz Luigi Pascali (Włoch wykształcony w Hiszpanii). Zainspirowało ich badanie Saumitry Jha, urodzonego w Indiach, wychowanego w Wielkiej Brytanii, obecnie profesora Stanford. Jha badał współegzystencję muzułmańsko-hinduską w Azji Południowo-Wschodniej, dając podwaliny do ekonomicznej teorii tolerancji. Prezentacji badania o 600 latach antysemityzmu w jednym z krajów Europy wysłuchałam na konferencji zorganizowanej przez Duńczyka, Australijczyka greckiego pochodzenia i Niemca brytyjskiego pochodzenia. Za samo badanie zapłacił brytyjski podatnik, jak by nie było najczęściej protestant. Becker i Pascali postawili tezę, że wychowanie w tej religii może sprzyjać rozwojowi postaw antysemickich. Pomowili? Następnie zebrali masę danych i te dane potwierdziły ich hipotezę. Ta hipoteza nie stwierdza, że katolicy są ogólnie cacy, a protestanci be. Pogromy Żydów i publikacje antysemickich książek występowały przez setki lat w całej Europie, protestanckiej i katolickiej. Stwierdza jednak, że wzorce zachowań kulturowych warunkowane są mechanizmami ekonomicznymi. Warunkowane na setki lat.

Tyle w świecie. Za oknem chłopiec, który woli się chwalić w jakim dresie przesiadywał przy trzepaku niż książkami, które przeczytał, i który bardzo chce porządzić dwumilionowym miastem – opracowuje ustawę, której jedynym efektem będzie negowanie faktów w odpowiedzi na relatywnie wstydliwe emocje części społeczeństwa. Wiele osób uważających się za elitę narodu popiera tę ustawę, guzikiem poselskim i niedopuszczalnie antysemickimi wypowiedziami publicznymi. Galicyjski prawnik (podobno) z najwyższego urzędu i w imieniu całego narodu deklaruje, że nie pogodzi się z fałszywymi oskarżeniami, milczy jednak w sprawie ewentualności godzenia się z oskarżeniami prawdziwymi. A w mediach społecznościowych jedna z partii (podobno) opozycyjnych przyłącza się do fali „dumy narodowej” wrzucając do sieci infografiki o wielkości rodaka w czasie próby. Jan Karski, na którego się powołuje rzeczona partia, w książce z 2012 roku mówił: „W Polsce istnieje antysemityzm. Ja się nie waham tego mówić publicznie. Żydzi mają prawo wymagać, żeby władze, sfery naukowe, uniwersytety, elita kulturalna, elita polityczna wyraźnie, głośno oświadczyły: Podejmiemy wszelkie środki, żeby antysemityzm w Polsce przestał istnieć”.

GRAPE | Tłoczone z Danych – Dziennik Gazeta Prawna (5 Lutego 2018)