30/10/2017
msmyk

Jeszcze jeden ekonomista z Chicago z Noblem

Osoba tegorocznego laureata Nagroda Nobla w dziedzinie ekonomii nie była żadnym zaskoczeniem w sensie demograficznym: otrzymał ją zaawansowany w latach, biały mężczyzna, Amerykanin zatrudniony na Uniwersytecie Chicagowskim. Co do profilu akademickiego – niespodzianka była daleko większa. Co prawda, Richard Thaler nazywany bywa „ojcem założycielem”. Dotyczy to jednak ekonomii behawioralnej, a więc dziedziny nieco niszowej, której przedstawiciel – Daniel Kahneman –otrzymał taką nagrodę nie tak dawno, w roku 2002 (dzieląc ją z Vernonem Smithem). Z kolei finanse behawioralne – pokrewna dziedzina, w której Thaler też miał wielkie zasługi – została uhonorowana w osobie Roberta Shillera ledwie pięć lat temu (dla równowagi, wyróżniono także przedstawicieli tzw. głównego nurtu, Larsa Petera Hansena i Eugene’a Famę). Thaler musiał zatem czekać nieco dłużej niż koledzy, ale za to nie musi dzielić się pieniędzmi z kimś, kto prowadził badania w nurcie sprzecznym z jego podejściem do badań.

Jednym z powodów obfitości nagród dla behawiorystów jest zapewne globalny kryzys finansowy, wskazujący na ograniczenia poznawcze inwestorów i rynków. Istotnie, niektóre z badań Thalera dotyczyły decyzji w warunkach niepewności. Thalera głównym tytułem do naukowego panteonu są jednak rozważania dotyczące optymalnego osiągania celów, w przystępnej formie podsumowane w książce „Nudge” napisanej wspólnie z Cassem Sunsteinem, a w Polsce wydanej jako „Impuls. Jak podejmować właściwe decyzje dotyczące zdrowia, dobrobytu i szczęścia”. Wbrew polskiemu tłumaczeniu tytułu, nie chodzi o to, jak sami mielibyśmy podejmować lepsze decyzje unikając impulsywności. Wprost przeciwnie: Thaler w oparciu o badania psychologiczne i eksperymentalne podpowiada sposoby, za pomocą których prawodawcy, menedżerowie czy rodzice mogą pomóc obywatelom, pracownikom czy konsumentom (w tym nieletnim) postępować w sposób dla nich korzystny w długim okresie.

W szczególności gdy problem jest nowy i złożony, a konsekwencje poszczególnych wyborów rozmyte i odroczone w czasie – łatwo o błąd. Badania Thalera nie dotyczą jednak tego, jak wybierać za innych – nie jest zwolennikiem klasycznego paternalizmu, w którym rządzący prowadzą rządzonych za rękę, zakazując prowadzenia niezdrowego trybu życia, nakazując oszczędzanie na starość itp. Proponuje natomiast, by wybory przeciętnie korzystne były stosunkowo łatwiejsze do zrealizowania. Przykładowo, nowy pracownik jest automatycznie zapisywany do programu emerytalnego z rozsądnym podziałem inwestowanych środków. Nie musi zatem podejmować mnóstwa trudnych decyzji i wypełniać nieprzyjaznych wielostronicowych formularzy.

Dobrym przykładem jak ogromne znacznie mają takie opcje domyślne (brzydko zwane defaultem) jest sprawa oddawania organów po śmierci. W krajach, w których domyślna jest zgoda, mało kto ją cofa; a w krajach, w których domyślny jest brak zgody, mało kto ją wyraża. Nie chodzi tu przy tym wcale o kraje różne kulturowo (w których norma prawna mogłaby po prostu odzwierciedlać dominujące przekonania). Przykładowo, odsetek osób, które deklarują zgodę na oddanie organów jest dramatycznie wyższy w Austrii czy Belgii niż w Niemczech czy Holandii. Te różnice są wyłącznie efektem pozornie błahej różnicy: która opcja jest domyślna.

Krytycy ekonomii behawioralnej dowodzą jednak, nie bez racji, że niedoskonałość naszych decyzji nie jest dobrym argumentem na rzecz wyboru „kierowanego”. Skąd bowiem przypuszczenie, że państwo, reprezentowane przez równie niedoskonałych decydentów, pokieruje nas akurat we właściwą stronę? Czy domyślne wyjście z OFE jest dobre dla większości pracowników? Czy sześciolatki nie powinny domyślnie iść do szkoły? Czy kandydat na czele listy wyborczej jest domyślnie lepszy niż ten w drugiej dziesiątce? W każdym z tych przypadków prawo dopuszcza alternatywę, lecz większość z nas i tak zostaje przy opcji domyślnej, niekoniecznie najlepszej.

Niezależnie od tej krytyki, wiele postulatów Thalera i kolegów wydaje się bezdyskusyjnie słusznych. Jeden z nich dotyczy wymuszonego przez prawo ułatwiania porównywania ofert. Banki, firmy ubezpieczeniowe, telekomy, dostarczyciele energii elektrycznej itd. nie mają interesu w tym, by konsumentowi łatwo było wybrać najkorzystniejszy sposób zaspokojenia swoich potrzeb. Czyż przeciętnie zaangażowany i kompetentny klient nie odniósł by znacznej korzyści gdyby wielostronicowe regulaminy, cenniki i „ogólne warunki”, których i tak nikt nie jest w stanie przeczytać i zrozumieć, zastąpiono prostym kalkulatorem (choćby zaimplementowanym w arkuszu kalkulacyjnym)? Pokazywałby on, która oferta będzie najkorzystniejsza przy kontynuacji indywidualnych wzorców konsumpcji poszczególnych usług (które powinny być od dotychczasowego ich dostawcy łatwo dostępne w wymaganej formie), a która przy możliwych ich zmianach.

W ostatnich latach rządy wielu krajów powołały tzw. nudge units — głównie w Europie i Ameryce Północnej, a najbardziej znanym z nich jest zapewne brytyjski Behavioral Insights Team. Są to ciała doradcze mające pomóc rządom tak konstruować polityki, by sam sposób ich realizacji zwiększał korzyści społeczne. W szczególności ich zadaniem jest upraszczanie ważnych wyborów stawianych przed obywatelami, tak by było im łatwiej dokonać optymalnego wyboru. Po doświadczeniach z toksycznymi opcjami walutowymi, kredytami frankowymi czy Amber Gold możemy przypuszczać, że także polskim decydentom (również tym najbardziej wykształconym) mogłaby się przydać pomoc w unikaniu złych decyzji.

GRAPE | Tłoczone z Danych – Dziennik Gazeta Prawna (30 Października 2017)