GW: Dożywianie dzieci nie działa

GW: Dożywianie dzieci nie działa

Głodnym można bywać, ale niedożywienie to stan zdrowia, który ma wpływ na szanse edukacyjne, rozwój intelektualny i fizyczny – mówi dr hab. Joanna Tyrowicz z GRAPE i UW

[link][PDF]

Dominika Wielowieyska: Wydajemy na dożywianie dzieci 800 mln zł rocznie. To za mało?

Joanna Tyrowicz: Jeżeli wydajemy aż tyle pieniędzy i mimo to systematycznie pomijamy jakieś dzieci, to trudno mi się z tym zgodzić. Dlatego przygotowaliśmy raport, który pokazuje, co w systemie dożywiania nie działa i jak to naprawić.

Ale powiedzmy jedno: jeśli sam rodzic poprosi o pomoc, to ją od państwa otrzyma.

– Tak, pod warunkiem że spełnia bardzo restrykcyjne kryteria dochodowe oraz podda się wywiadowi środowiskowemu. W całej pomocy społecznej nie wiemy tak naprawdę, ile osób odmawia wywiadu. Co gorsza, decyzje o przyznaniu dożywiania często zapadają dwa razy w roku, co uniemożliwia pomoc dzieciom, u których problem pojawił się w ciągu semestru. No i oczywiście w czasie wakacji, ferii, przerw świątecznych itp. żadnych obiadów nie ma.

Organizacje pozarządowe próbują uzupełniać program rządowy, może one potrafią lepiej dotrzeć do tych najbardziej potrzebujących.

– Na pewno są skuteczne w docieraniu do dzieci pominiętych, ale musimy sobie uświadomić, jak wyglądają proporcje. Fundacja taka jak PAH z największym z programów – „Pajacyk” – jest w stanie sfinansować dożywianie 1780 dzieci rocznie. Następny co do wielkości Caritas – ok. 1200 dzieci. Tymczasem program rządowy według sprawozdania ministra obejmuje 700 tys. dzieci rocznie.

To jaka jest recepta?

– Przede wszystkim trzeba zdefiniować problem, bo politycy często przedstawiają go fałszywie, mając blade pojęcie, o czym mówią. Nie chodzi o dzieci głodujące. Chodzi o dzieci niedożywione lub odżywiające się źle. Głodnym można bywać, a niedożywienie to stan zdrowia, który ma wpływ na szanse edukacyjne, rozwój intelektualny i fizyczny. I już sama ta zła diagnoza skutkuje pierwszym grzechem systemu, mianowicie nikt nie bada, czy obecny system dożywiania przynosi efekty w dłuższej perspektywie, czy też jest tylko chaotycznym łataniem problemu. Minister pracy prezentuje przed Sejmem sprawozdanie z realizacji dożywiania przy pustej sali i nie ma komu przycisnąć resortu, jak mierzy efektywność programu: czy dzieci objęte dożywianiem są zdrowsze, czy poprawiły wyniki w nauce, czy na pewno państwo dotarło do wszystkich potrzebujących? Same białe plamy.

A co wiadomo?

– Wiadomo, że państwo wprowadziło kryteria i warunki dotyczące dożywiania. Te kryteria są z definicji wykluczające, bo zawsze jest grupa dzieci potrzebujących, która się w nich nie mieści. Wystarczy, że rodzina ma o ułamek hektara ziemi za dużo, i już wypada z programu. Wystarczy, że samotna matka zarabia 1600 zł miesięcznie, i już jej dziecko wypada z programu rządowego.

No ale dożywianie to jest zadanie własne gmin. To może one rozwiązują ten problem we własnym zakresie, niezależnie od słabości programu rządowego?

– Usiłowaliśmy się dowiedzieć od gmin, czy mają w ogóle programy osłonowe, do których uchwalenia są zobowiązane od grudnia 2013 r. Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej w ogóle tego nie sprawdziło, wysłaliśmy więc do gmin pytania w trybie dostępu do informacji publicznej. Urzędy gmin systematycznie odsyłały nas do ośrodków pomocy społecznej, podczas gdy to rada gminy musi najpierw przyjąć taką uchwałę. Zastraszająco często okazywało się też, że programu nie ma albo jest niezgodny z prawem, albo gminy dopiero nad nim pracują.

A może to nie system zawodzi, tylko konkretni urzędnicy i dyrektorzy szkół? Jeśli ludzie tam na dole nie wykonują swoich obowiązków, to żaden system nie pomoże. W pewnym sensie jesteśmy winni wszyscy.

– Na pewno wiele zależy od obywateli, ale też system musi się zmienić.

Jesteśmy jedynym krajem w UE, w którym program dożywiania jest w pomocy społecznej, a nie w edukacji. To ma być przecież wspieranie rozwoju dziecka, a nie doraźna pomoc rodem z Dickensa. Potrzebujemy fundamentalnej zmiany definicji. W Finlandii na dożywianie przeznacza się 8 proc. budżetu na całą edukację, bo to jest element systemu edukacyjnego!

Duża część krajów przyjęła prostą zasadę: wszystkie dzieci jedzą ciepły pełnowartościowy posiłek w szkole. Jeśli szkoła nie będzie w stanie ściągnąć zapłaty za obiady od wszystkich, to trudno: ten koszt musi ponieść państwo. Wtedy nie ma wykluczenia dzieci, nie ma problemu wyszukiwania głodnych uczniów.

Druga sprawa to brak dobrych kryteriów dotyczących jakości posiłków. Sam system przechodzi różne metamorfozy, np. rezygnuje się z przymiotnika „ciepły”, zostaje sam „posiłek”. To znaczy, że wystarczy kanapka? Zupa? Z raportu NIK, z czasów, gdy obowiązkowy był ciepły posiłek, wynikało, że nawet wtedy był zastępowany przez kanapkę czy drożdżówkę.

Ale dzieci często nie chcą jeść w szkole, narzekają, że te obiady są niedobre.

– W Wielkiej Brytanii Jamie Oliver zaczął jeździć po szkołach i tam robić praktyki dla kucharzy, promować to, by stołówka dawała dzieciom wybór zamiast jednego dania, pokazywać, jak za takie same kwoty można gotować obiady atrakcyjne dla dzieci, włączać element zabawy i budowania odpowiedzialności konsumenckiej. Rząd włączył efekty tej pracy do programu powszechnego. To nie jest tak, że tylko my mamy takie problemy; inni – bogatsi – też je mają. Różnica polega na tym, że oni szukają nowych rozwiązań, a my tkwimy w samozadowoleniu, że wydajemy dużo pieniędzy na dożywianie.

To czego brakuje w Polsce?

– Nie pilnujemy tego jako obywatele. Każdy rodzic może przecież dopytać szkołę, dlaczego gotuje posiłki, których dzieci nie chcą jeść, i zmienić to. Każdy powinien wręcz dopytywać się, jakie jest podstawowe zbilansowanie i jakość składników odżywczych tego, co je jego dziecko na obiad pięć dni w tygodniu. Każdy mieszkaniec gminy może przyjść na posiedzenie rady gminy i zapytać, dlaczego gmina nie ma programu osłonowego albo czemu przekopiowała po prostu z programu rządowego niemądre kryteria. Każdy radny może wnieść wniosek, by treść programu osłonowego zmienić. Każdy obywatel ma prawo pytać, jaka jest efektywność tego programu, czy byt dzieci się poprawił i jak. Żeby to ułatwić, przygotowaliśmy na naszej stronie takie wzorce interpelacji, pism i wniosków, które każdy może pobrać, dowolnie zmodyfikować i wysłać do swojej gminy czy szkoły.

No, ale zmiany przecież są. Poprzedni rząd wprowadził tzw. obiady dyrektorskie: aby nie wdawać się w biurokratyczne zabawy, dyrektor szkoły, jeśli widzi głodne dziecko, może sam zarządzić, by dostawało posiłek. To chyba dobry pomysł.

– Teoretycznie tak, tylko nie działa. Na obiady dyrektorskie idzie ok. 10 mln zł rocznie, czyli niemal nikt z nich nie korzysta. Od 2014 r. dyrektor może reagować, jeśli gmina przyjęła program osłonowy. Poza tym to mechanizm po prostu nieskuteczny, co udowodniliśmy, przeprowadzając eksperyment. Wysłaliśmy maila do grupy 1,2 tys. losowo wybranych dużych szkół w Polsce. Autorka maila, matka jednego z uczniów, opisywała autentyczną sytuację: kolega jej dziecka chodzi głodny i przychodząc do nich w gości, pyta nieśmiało, czy może coś zjeść. Matka ta prosi w mailu dyrektora szkoły o trzy rzeczy: wskazówki, co powinna zrobić, gdzie może się dowiedzieć więcej o niedożywieniu i co w tej sprawie może zrobić szkoła. Pełna treść maila i schemat doboru próby jest w naszym raporcie.

I co się okazało?

– Efekt był przygnębiający: 56 proc. szkół nie odpowiedziało w ogóle. Nie było ani jednego zwrotnego maila, gdzie znalazłaby się odpowiedź na wszystkie trzy pytania. W niektórych przypadkach dyrektor przesłał maila do szkolnego psychologa, a ten prosił o kontakt osobisty, co nie jest odpowiedzią na pytania. Ci dyrektorzy, którzy chcieli coś zrobić sami, prosili o dane dziecka, ale też nie odpowiadali na pytania. No i tylko mały odsetek wspomniał w ogóle o obiadach dyrektorskich.

Ale może pani pretensje są na wyrost, bo dyrektor nie za bardzo ma czas, by informować rodzica o procedurach dożywiania, natomiast ważne jest to, że chciał się zająć problemem.

– Może odpowiedzieć, jak rozwiązuje ten problem, jako obywatel mam prawo to wiedzieć, choć możemy się tu różnić w ocenie. Część dyrektorów jednak po jakimś czasie odpowiadała: „Nie ma żadnego głodnego dziecka”, choć nie podaliśmy im żadnych danych. W jednej z odpowiedzi przeczytaliśmy, że nie można zająć się tym dzieckiem, bo to by je stygmatyzowało. Zawsze można znaleźć słabe strony naszego eksperymentu, ale sam fakt, że 56 proc. szkół milczy, jest niepokojący.

Dostaliśmy też odpowiedzi, że np. w szkole nikt nie je obiadów, dla wybranych klas rodzice zamawiają catering, stołówkę zamknięto. Sam catering to w ogóle wielki problem, bo gdy jest stołówka, to zawsze znajdzie się dodatkowa miska zupy, ale w przypadku cateringu nie da się zwiększyć liczby wydawanych obiadów o jeden czy kilka bez umowy, dodatkowych środków itp.

Wszystko to, o co pani pyta, i więcej na temat systemu dożywiania dzieci w Polsce opisaliśmy w raporcie, który zatytułowaliśmy „System, który nie działa”. System, a wraz z nim my wszyscy mamy zamknięte oczy na realne problemy. Od lat powtarza się ten sam schemat, ładne zdania polityków, obietnice raportów, walka polityczna – a od jutra nowy, inny temat. Sęk w tym, że dla dzieciaków jutro jest ten sam temat: brak ciepłego obiadu. Szczęśliwie rozwiązanie tego problemu jest w naszych rękach – w szkole za rogiem, w urzędzie gminy. Nie potrzeba polityków, jeśli sami się tym zajmiemy.