fbpx Czy jest coś takiego jak bezzatrudnieniowy wzrost? | GRAPE

Czy jest coś takiego jak bezzatrudnieniowy wzrost?

Czy jest coś takiego jak bezzatrudnieniowy wzrost?

/ Wpis z serii: ASSA 2014 brought to you by GRAPE :) /

Często powtarza się, że gospodarka X musi rosnąć w tempie y%, by po recesji obserwować poprawę zatrudnienia. Koncepcja tak zwanego bezzatrudnieniowego wzrostu (ang. jobless recovery) bierze się z empirycznych obserwacji przeszłych epizodów kryzysów. Jednak wiele gospodarek rozwiniętych przeszło w ciągu ostatnich dwudziestu lat znaczące zmiany strukturalne – zarówno jeśli chodzi o rolę sektora usług jak i o naturę relacji pracodawca-pracownik. Ta zmiana skutkuje znaczącymi zmianami w stałych relacjach gospodarczych, co czyni podobne szacunki nieadekwatnymi. Czy jest jakiś mechanizm, który – w miejsce zgadywanek liczbowych – pomógłby zrozumieć naturę bezzatrudnieniowego wzrostu?

Jedno z rozwiązań zaproponował David Berger z Northwestern University (ASSA 2014, mimeo). Gospodarka amerykańska – podobnie jak wiele gospodarek europejskich – wskazuje na znaczące zmiany w zależnościach strukturalnych. Istotnie zmalała procykliczność produktywności pracy (zmienna ta w mniejszym stopniu odzwierciedla zachowanie cyklu koniunkturalnego), a jednocześnie powrót zatrudnienia na ścieżkę sprzed okresu recesji następuje z wyraźnym opóźnieniem względem PKB i produktywności pracy. Berger zaproponował mechanizm dostosowawczy po stronie przedsiębiorstw, który mógłby tłumaczyć ten fenomen. Mechanizm składa się z dwóch komponentów. Po pierwsze, we wzrostowej fazie cyklu, firmy zatrudniają zbyt wielu pracowników (w relacji do potrzeb), ponieważ ocena ich produktywności ex ante jest zbyt kosztowna (czasochłonna) w okresie wzmożonego popytu. Po drugie, w miarę jak koniunktura zaczyna się osłabiać, uwolnione zasoby kadrowe pozwalają pracodawcom na uważniejsze przyjrzenie się zespołowi pracowników i stopniowe, selektywne zwalnianie osób najmniej produktywnych. Dzięki takiemu mechanizmowi, gdy pojawia się następna faza ożywienia, firmy wchodzą w nią z zasobem wybranych, najbardziej produktywnych pracowników, co zmniejsza potrzebę zatrudniania nowych osób w miarę wzrostu popytu.

Weryfikacja empiryczna potwierdza, że zaproponowany przez Bergera mechanizm dobrze pasuje do danych dotyczących gospodarki amerykańskiej, pozwalając w znacznym stopniu zmiany strukturalne, jakie zaszły w procykliczności produktywności pracy w gospodarce amerykańskiej. Dlaczego jednak firmy miałyby w ciągu ostatnich dwóch dekad zmienić swoją politykę kadrową, tj. nadmiernie zatrudniać, a selektywnie zwalniać? Berger tłumaczy tę zmianę jednym istotnym procesem: malejącym uzwiązkowieniem. Przedsiębiorcy zawsze nadmiernie zatrudniali w fazach bumu gospodarczego, co systematycznie skutkowało znacznymi dostosowaniami popytu na pracę w gospodarce amerykańskiej w okresach recesji. Zmiana zaszła więc nie po stronie zatrudniania, lecz dzięki wprowadzeniu selektywnych zwolnień. Berger, wspierając się na mocnych przesłankach empirycznych, twierdzi, że malejące uzwiązkowienie ułatwia pracodawcom podejmowanie decyzji o redukcjach w sposób jednostkowy – bez konieczności uzgodnień ze związkami, decyzje o zwolnieniach podejmują menedżerowie liniowi w naturalny sposób zainteresowani zachowaniem najbardziej wydajnych pracowników.

Gdyby potraktować model Bergera jako istotną wskazówkę co do natury tzw. „bezzatrudnieniowego wzrostu”, spodziewać się należy, że wraz ze spadającym uzwiązkowieniem i rosnącą rolą zarządzania kadrami w polskich przedsiębiorstwach, także w Polsce wydajność stanie się lekko antycykliczna, a okres od wyjścia z okresu spowolnienia do wzrostu zatrudnienia powinien znacząco się wydłużać. Z drugiej strony, dane z ostatniego półrocza w gospodarce polskiej wskazują na znaczącą pozytywną reakcję zatrudnienia pomimo wciąż względnie niskiego tempa wzrostu gospodarczego. Wytłumaczeniem tego zjawiska może być fakt, że tuż przed rozpoczęciem globalnego kryzysu finansowego, polska gospodarka cierpiała raczej na brak rąk do pracy, a pracodawcy w pierwszej fazie spowolnienia „chomikowali pracę” ze względu na wcześniejsze doświadczenie niewystarczającej podaży pracowników. Druga faza spowolnienia charakteryzowała się w znacznym stopniu redukcją wynagrodzeń (m.in. dzięki tzw. elastycznym składnikom płac oraz wykorzystaniu nietypowych form zatrudnienia) i wysiłkami, by zachować zasób kadrowy (nawet, jeśli nie tych samych pracowników). Jeśli taka diagnoza byłaby poprawna, to polskie firmy nie miały szansy nadmiernie zwiększyć zatrudnienia w okresie bumu, co ograniczyło ich potrzebę selektywnych redukcji w okresie spowolnienia. Wcześniejszy wzrost zatrudnienia jest zatem konsekwencją dostosowań jeszcze przed światowym kryzysem finansowym i nie należy go traktować jako wskazówki co do trwałości i przebiegów przyszłych epizodów „bezzatrudnieniowych wzrostów” w Polsce.