fbpx Dlaczego w Polsce mamy tyle festiwali? | GRAPE

Dlaczego w Polsce mamy tyle festiwali?

Dlaczego w Polsce mamy tyle festiwali?

WERSJA PDF

Wraz z nadejściem lata w Polsce jak co roku zaczęły odbywać się festiwale muzyczne. Jak co roku nie da się także oprzeć wrażeniu, że wzrosła oferta – festiwali mamy coraz więcej i coraz większych. Niestety rosną też ich ceny. Całość wzbudza wiele kontrowersji i w mediach co i rusz czytamy o wysypie festiwali, o tym kto i dlaczego na nie chodzi, i o tym, czy to dobrze czy źle. Swoje zdanie w portalu natemat.pl wypowiedział także prof. Szlendak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, interpretując wysyp festiwali jako efekt malejących zasobów czasu (na mniejsze pojedyncze imprezy) u Polaków. Interpretacja ta jest o tyle niecodzienna, że nie znajdująca potwierdzenia w liczbach. Powody wydają się być zgoła inne, bardziej życiowe – czyli po prostu pieniężne. I choć mówi się, że „czas to pieniądz”, to w tym wypadku sformułowanie to nie znajduje zastosowania.

(nie)natemat.pl

Niedawno na łamach portalu natemat.pl ukazała się rozmowa Wojciecha Engelkinga z Tomaszem Szlendakiem – profesorem socjologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Dotyczyła ona festiwali muzycznych i rozkwitu ich popularności w Polsce w ostatnich latach. Panowie postawili w rozmowie kilka tez, m.in. o tym, że Polacy mają coraz mniej czasu, więc decydują się na iwenty (sic!) skupione w krótkich okresach czasowych (stąd „polski boom festiwalowy”), albo że owe wielkie polskie festiwale (np.: Opener) to iście droga sprawa. Festiwali rzeczywiście mamy ostatnio na pęczki, ale czy Polacy mają mniej czasu wolnego niż kiedyś?

Pracogodziny Źródło: Dane BAEL 1993-2013.

Patrząc na ostatnie 20 lat trudno stwierdzić, jakoby Polacy mieli pracować więcej. Warto zwrócić uwagę za to na to, że wzrosła znacznie liczba studentów. Zresztą, czy nie od początku powinniśmy mówić o uczniach szkół średnich i studentach? Pierwszy rzut oka na uczestników któregokolwiek wielkiego festiwalu muzycznego pozwala ocenić, że znaczna część to po prostu młodzież. Studenci zaś i uczniowie mają to do siebie, że w lecie mają wolne, a co za tym idzie… mnóstwo czasu tak na festiwale (które przecież głównie odbywają się w lecie) jak i tradycyjne koncerty.

06.07.2012 Gdynia II dzien Heineken Open'er Festival 2012 N/z publicznosc podczas koncertu Justice Fot. Pawel Skraba/REPORTEROpener w lipcu i „zmęczeni pracą” Polacy. Źródło: fot. Paweł Skraba dla muzyka.interia.pl.

Polski(?) boom festiwalowy

Zagłębmy się bardziej w rozmowę natemat.pl. Od początku mowa w niej o ”polskim boomie festiwalowym”. Naszym własnym fenomenie, zjawisku którego doświadczają Polacy. Czy rzeczywiście tak jest? A co z resztą świata?

festivalmapSerwis festivalmap.eu z jakiegoś powodu pokazuje mapę dla roku 2012, ale już wtedy widać, że festiwali na świecie jak mrówków (nawet jak nie wszystkie są zaznaczone, zwłaszcza polskie) i Polska wcale nie jest tu wyjątkiem.

Na przykład w Wielkiej Brytanii liczba festiwali muzycznych w latach 2007-2012 skoczyła wzrosła niemal dwukrotnie, a od 2003 do 2007 o ok 73%. Należy też pamiętać, że festiwale w tym czasie rozrastały się. Ale wspomniany „boom” dotyczy też innych krajów. Podobne tendencje zaobserwowano w Stanach Zjednoczonych, gdzie (przytaczając nieco ciekawsze statystyki) w 2012 roku na festiwale fani wybierali się dwa razy częściej. Popularność zwykłych koncertów także wzrosła, ale w nieco mniejszym stopniu! Ale i cała Europa kwitnie w festiwalach, wystarczy spojrzeć.

Jak więc widać boom festiwalowy nie tylko nie ma nic wspólnego z czasem Polaków, ale w ogóle też nie ma nic wspólnego z samą Polską – sprawa ma charakter ogólnoświatowy. Gdzie więc szukać przyczyn wykwitu festiwali? Spójrzmy z perspektywy prostej ekonomii (proszę nie drżeć na dźwięk tego słowa).

Korzyści skali i drogie bilety

Wyobraźmy sobie, że musimy zbudować gigantyczną scenę, ściągnąć bardzo drogi sprzęt, wynająć teren, oraz zatrudnić setki ludzi w celu wystawienia koncertu supergwiazdy. Z pewnością koszt jest niemały. Potem to wszystko trzeba rozebrać i schować, a za tydzień znowu koncert i całość od nowa. No, chyba żeby tak wykorzystać fakt, że raz się poniosło te koszty i wydarzenia po prostu połączyć prawda? W końcu po co płacić pięć razy, jak można raz... I tak powstaje festiwal. To naprawdę nietrudne. My ekonomiści nazywamy to korzyściami skali – im więcej się zrobi, tym tańszy średni koszt przypadający na jeden osiągnięty cel – i właśnie to ma tutaj miejsce.

Prof. Szlendak mówi o drożyźnie na polskich festiwalach powołując się np.: na Openera (i 550zł za całość). Czy polskie festiwale rzeczywiście są drogie? Tak, może, niekoniecznie, w sumie to raczej nie.

Koncert popularnego zagranicznego artysty kosztuje zwykle od 100 złotych wzwyż. (przykładami z różnych gatunków muzyki: Dream Theater w 2014: od 150zł, Emiliana Torrini w 2014: 120zł, Placebo w 2013: 154zł, Woodkid w 2013: 125zł) Czy jest to taniej niż na Openerze? Na to wygląda, ale należy mieć parę rzeczy na uwadze: Opener jest najdroższym festiwalem w Polsce – ceny innych największych (Impact, Orange Warsaw, czy tegoroczny Life Festival w Oświęcimiu) zwykle plasują się nieco niżej, ale wciąż podobnie wysoko. Często za to występują na nich gwiazdy bardzo dużego kalibru (legendy pokroju Black Sabbath, czy Erica Claptona).

Oczywiście, gdybyśmy dla porównania poszukali najdroższych pojedynczych koncertów znajdziemy imprezy o wiele droższe. Koncert Boba Dylana w tym roku kosztować będzie od 250zł wzwyż. Znajdziemy też za to festiwale z legendami rocka, o znacznie niższych cenach – weźmy np.: Thanks Jimi Festival z udziałem The Animals + Eric Burdon, Steve’a Vai i Uriah Heep za 60zł(!). Rozstrzał jest solidny, ale widać, że pobawić można się i za niższe kwoty.

Spójrzmy za to bliżej na Openera – najdroższy polski festiwal. Za cenę 550zł dostajemy 4 dni koncertów, na paru scenach, miasteczko festiwalowe, oraz wygodną komunikację miejsko-festiwalową. Co z ofertą jednodzienną, czyli wariantem ‘pesymistycznym’ (pesymistycznym, bo cena za jeden dzień jest oczywiście o wiele wyższa niż ¼ ceny za 4 dni)? Za jeden dzień Openera przyjdzie nam zapłacić całe 207zł (kilkadziesiąt złotych więcej niż za pojedynczy koncert!), a w jego ciągu będziemy mieli ‘dostęp’ do ok. 10 godzin muzyki granej na żywo (w przeciwieństwie do ok. 2-3 godzin na koncercie pojedynczym), wraz z możliwością wyboru czego będziemy słuchać (4 sceny), oraz zagospodarowania czasu między koncertami (miasteczko festiwalowe). Jeśli ktoś nie ma akurat ochoty na muzykę, z pewnością znajdzie atrakcje dla siebie. Gdybyśmy zaś popatrzyli na cenę całego Openera, to okaże się że za jeden dzień płacimy średnio 137,50 złotych (a dostajemy to co opisałem powyżej).

Czy więc ceny festiwali są w Polsce wygórowane? Jak to wygląda w innych krajach? Odpowiedź brzmi: znacznie gorzej. Wystarczy rzut okiem na tę listę ‘niesamowicie tanich’ festiwali w Europie, po czym porównanie ich cen i występujących zespołów z Openerem 2014.

Wreszcie, czy to takie dziwne, że festiwale robią się coraz droższe? Jeśli w jednym roku zaprosiło się bardzo dobre zespoły i osiągnęło wielkie zyski, to czy nie oznacza to, że w następnym można by podnieść nieco poprzeczkę? Są oczywiście też takie festiwale, które starają się podnosić poprzeczkę zachowując niskie ceny. Kończy się to np: odwołaniem 2/3 headlinerów na dni/godziny/minuty przed rozpoczęciem festiwalu (Ursynalia 2013, pozdrawiam!).

Czy tak będzie wiecznie? Czy w końcu zostanie nam kilka GRUBSZYCH festiwali za okropnie wygórowane ceny? Raczej nie. W dalszym ciągu publiczność festiwali to w znacznej mierze ‘jednodniowcy’ przyjeżdżający głównie na swój ulubiony zespół. Ponadto mamy do czynienia z prostym ograniczeniem: terenu. Już na tegorocznym Life in Oświęcim, organizator (co najwyżej PÓŁ żartem) mówił o tym, że chyba będzie trzeba wyciąć nieco drzew bo festiwal przestaje się mieścić. A przecież opuszczone lotniska, jak to w Gdyni, nie są łatwo dostępnym towarem.

Piractwo i źródła przychodu muzyków

Mniej więcej wraz z rozpowszechnianiem się Internetu na rynku muzycznym zaczęły zachodzić gruntowne zmiany. Każdy mógł sięgać po muzykę nic za nią nie płacąc (nie wspominając o tym, że w nowym, wygodnym formacie cyfrowym). Oczywiście przemysł muzyczny zareagował paniką – piractwo internetowe uderzyło w kieszenie tak twórców jak i wszystkich pośredników. Z jakiegoś powodu jednak muzycy nie przymierają głodem. Gdzie zaszła zmiana? Czyżby artyści przerzucili się na inne źródło dochodu?

Według paru badań wraz z erą Internetu nastąpiła zmiana w przemyśle muzycznym, który zarabiać zaczął nie tylko na samych nagraniach, ale także na wszelkich gadżetach związanych z muzykami (kubki, koszulki, długopisy itd.), i, przede wszystkim, na występach na żywo. Badanie przeprowadzone przez Julie Mortimer i in. w 2012 pokazuje to dość jasno. Sam wykres zamieszczony powyżej wydaje się dość sugestywny. Załamanie obu linii następuje na przełomie lat 1999/2000 – wtedy też uruchomiony został Napster i punkt ten w literaturze przyjęto za początek muzycznego piractwa internetowego.

Koncerty i PłytyŹródło: Mortimer et al. (2012), figure 1: album sales and concerts, 1995-2004.

Mamy więc do czynienia z dość ciekawym przypadkiem, w którym (mówiąc ekonomicznym językiem) podaż jednego dobra zwiększa się w odpowiedzi na zmniejszony popyt na dobro komplementarne (jakim dla koncertów są nagrania). A skoro koncertów jest coraz więcej, to łatwiej łączyć je w zestawy i łatwiej zbierać pełen ‘line-up’ nawet dla dużej liczby festiwali – ponieważ wiadomo, że wiele zespołów będzie organizować trasy koncertowe.

Podsumowując

Jak pokazaliśmy Polacy nie mają mniej wolnego czasu niż kiedyś, a już zwłaszcza nie Ci, którzy wybierają się na festiwale. Powody popularności festiwali są o wiele bardziej przyziemne i Polska nie jest tutaj wyjątkiem. Organizować festiwale się po prostu opłaca. Zjawisko to jest dodatkowo potęgowane tym, że coraz więcej czasu artyści poświęcają na trasy koncertowe – znacznie łatwiej więc na jeden dzień znaleźć kilku gotowych do występu wykonawców.

Czy polskie festiwale są drogie? Niektóre są, inne nie. A te droższe i tak charakteryzują się ceną na poziomie o wiele niższym niż zagraniczne (nic więc dziwnego, że jak mówi pan Engelking „według brytyjskiej prasy Polska stała się zagłębiem festiwali kulturalnych”). Warto przy tym pamiętać, że porównywanie 550zł za Openera z 150zł za pojedynczy koncert rozmija się z celem. Porównujemy 4 dni wypchane atrakcjami i koncertami z pojedynczym występem. Ze względu na korzyści skali jeden festiwal i tak może być znacznie bardziej opłacalnym wydatkiem niż parę pojedynczych koncertów.

Co będzie dalej? Pewnie mniej koncertów i więcej (większych) festiwali. Ale te nie będą rosły wiecznie i na kilka wybijających się gigantów zawsze znajdzie się wiele mniejszych, dostępnych dla każdego – wystarczy poszukać.

Źródło: WHardy