W łodzi Charona

W łodzi Charona

Na człowieka wszędzie czyhają nieprzyjemne niespodzianki. Nawet po śmierci, gdy wydawałoby się, że już po sprawie, trzeba się było od zawsze pilnować, żeby zbyt wcześnie nie zapłacić Charonowi, bo inaczej o spokojnym odpoczywaniu można było co najwyżej pomarzyć. Niby lekcja z tego mitu starożytnych Greków prosta: nigdy nie płać z góry. Jednak, niestety, w przynajmniej jednej sytuacji życiowej nie można z tej lekcji skorzystać: na emeryturę trzeba oszczędzać zawczasu, bo w przeciwnym przypadku zaskakująco szybko robi się poniewczasie.

Żeby nie było, że straszę gołosłownie: w GRAPE budujemy od lat modele, które pomagają nam ocenić, jak zmieni się gospodarka, jakiego rodzaju zachowania byłyby w niej optymalne i jak znaczne konsekwencje przyniosą wybory w jakimś wymiarze nieoptymalne. Od strony naukowej, rozbudowujemy dostępne instrumentarium tych analiz o aspekty wcześniej w literaturze nieujęte. Od strony polityki gospodarczej, sprawdzamy jakie będą skutki proponowanych (oraz wprowadzanych) rozwiązań.  Bo nie trzeba czekać, aż się starość wydarzy, można „na sucho”, w komputerze obejrzeć przyszłość w różnych scenariuszach.

W takim modelu, w pełni racjonalny ludek urodzony około  1975 roku w Europie (czyli medianowy pod względem wieku), żeby na spokojną starość uzbierać, powinien był odkładać  dodatkowo wobec powszechnego systemu emerytalnego  ok 10% swojego dochodu już w  pierwszym roku pracy. W kolejnych latach jego czy też jej stopa oszczędzania powinna rosnąć systematycznie, do ok 20% stopy oszczędzania w okolicach 40-tki i ok 30% w okolicach 50-tki. Czyli by „optymalnie” rozłożyć konsumpcję w cyklu życia, na starcie trzeba odkładać w całości trzynastkę, po paru latach pracy nie tylko trzynastkę ale też znaczną część premii, a po czterdziestce regularnie odkładać na emeryturę z pensji. Serio.

Warto przy tym podkreślić, że ludek w pełni racjonalny realizuje plan bez wpadek, ani razu nie rozbije emerytalnej świnki na nowy samochód oraz systematycznie osiąga tzw. „rynkową” stopę zwrotu ze swoich oszczędności (czyli nie że depozyt w banku tylko zrównoważony portfel aktywów finansowych albo jego rozsądny ekwiwalent). Każdy rok ślimaczenia się z oszczędzaniem musi skompensować wyższa w przyszłości stopa oszczędzania. W prawdziwym świecie, „oszczędzanie” nie musi mieć formy aktywów finansowych, na przykład inwestowanie w nieruchomość, choć formalnie może być kredytem, w praktyce pozwala nam gromadzić majątek, trzeba jednak pilnować realnej stopy zwrotu, by była bliska ok. 4% średnio rocznie. Każdy rok ociągania się ze znalezieniem rozsądnej opcji lokowania oszczędności – też wymaga większych wyrzeczeń w późniejszych okresach.  Przykładowo: kto zaczyna oszczędzać w wieku lat 40 i zadowala się depozytem w banku musi oszczędzać nawet 50% swoich dochodów przez ostatnią dekadę aktywności zawodowej a i tak skończy z oszczędnościami o 60-70% niższymi niż pozwalające na „spokojną starość” zaskórniaki ludka w pełni racjonalnego. Wizja przerażająca!

No i teraz wchodzi rząd, cały na biało, i miłym, ciepłym głosem lektora bajek dla dzieci mówi: obywatelu drogi, wiem, że ci ciężko, ulgę ci dam na taką osobną kupeczkę oszczędności na starość, pracodawcy każę dorzucić do twojego znoju składania na tę kupeczkę, a nawet dopłatę ci dam, wiesz, taką żeby ci było milej odkładać, już się nie smuć, nosek do góry i dobrze będzie, zobaczysz. Co prawda rząd ten nie mówi, skąd weźmie na dopłaty, ani jak uzupełni uszczerbek w przychodach podatkowych z powodu ulg. Nasze badania pokazują, że dopłaty i ulgi w praktyce obniżają dobrobyt a w ogóle nie są potrzebne, by instrumenty dobrowolnego oszczędzania były dla ludzi atrakcyjne. Rząd nie mówi też jak zrobić, by kupeczka przez niego reklamowana przyniosła faktycznie rynkowa stopę zwrotu. Nasze badania pokazują, że o ile nie jesteś w pełni racjonalnym ludkiem (a większość z nas nie jest), to fundamentalne jest by (a) faktycznie osiągać rynkową stopę zwrotu oraz (b) by systematycznie odkładać. Co najważniejsze, rząd nie mówi nigdzie, że tak naprawdę już na starcie kariery potrzebne są przynajmniej trzy takie kupeczki jak PPK, a potem tempo oszczędzania należy tylko zwiększać. Jak pokazujemy w badaniach, wejście do PPK w praktyce w niewielkim stopniu zmienia to, ile musimy odkładać z bieżących dochodów na emeryturę, bo ten program jest po prostu zbyt mały, by cokolwiek zmienić. Wreszcie, rząd nie ma też żadnego pomysłu, jak tę uzbieraną kupeczkę wypłacać potem jako emeryturę, bo nie ma żadnego znaczenia, czy wypłaci te środki jednorazowo, czy w kilku ratach. Znaczenie – a za to ogromne – miałoby, gdybyśmy uzyskali dostęp do tzw. renty dożywotniej, bo dzięki temu całe zgromadzone aktywa rozkładają się na poszczególne miesiące życia na emeryturze. Dlaczego to takie ważne? Bo ty, drogi czytelniku, wiesz tylko, że średnio czeka cię ponad ćwierćwiecze emerytury, ale co zrobić z sytuacją, gdy akurat przydarzy ci się 30 a nie 26 lat? Badania pokazują, że ryzyko przeżycia własnych oszczędności jest zjawiskiem katastrofalnie nieprzyjemnym, skutkując m.in. skróceniem życia.

W sumie po co komu wiedza, jak ma budżet na reklamę: można ludzi przekonać do wszystkiego, nawet do PPK. Sęk w tym, że największy budżet może być za mały, by zareklamować PPK, gdy jednocześnie majstruje się i przy ZUS, i przy OFE.

Likwidacja limitu 30-krotności (czyli majstrowanie przy ZUS), to albo katastrofa dla finansów publicznych gdy przyjdzie wypłacać milionowe emerytury albo demontaż systemu emerytalnego jako takiego, jeśli wraz z likwidacją limitu wpłat, zostanie wprowadzony limit wypłat. Zarabiający 150 tys. złotych ludek, dostanie z systemu nieproporcjonalnie mały ułamek swoich wpłat, co naturalnie zniechęca ludka do (a) uczestniczenia w tym systemie oraz (b) uczestniczenia w jakimkolwiek innym systemie publicznym. Wbrew powszechnym przekonaniom, zjawisko to nie jest ograniczone do kilku procent najlepiej zarabiających – każdemu może się zdarzyć w jednym roku odprawa (z poprzedniego miejsca pracy) i podwyżka w nowym miejscu pracy, nieszczęśliwie ułożone w jednym roku podatkowym (albo wyjątkowo wysoka premia). I większość z nas zarabia z latami doświadczenia coraz więcej.

Przekształcenie OFE w IKE (czyli majstrowanie przy OFE), to kolejne ćwiczenie z wywłaszczania obywateli z oszczędności emerytalnych w którejś z poprzednich odsłon. To naturalnie zniechęca ludka – nawet bardzo ufnego w  opiekuńczą rolę państwa – do zaufania w kolejny radosny pomysł polityków na wspieranie Polaków w oszczędzaniu na emeryturę. Nie ma przy tym znaczenia, o której formacji politycznej mówimy. Jak pokazujemy w jednym z naszych badań, filar kapitałowy jest na tyle fajnym garnkiem ze złotem, że każdy włodarz do niego sięgnie, tj. zawsze znajdzie się większość polityczna dla rozmontowania jakiejś części lub całości filara kapitałowego w systemie emerytalnym.

Odkładanie na emeryturę to zawsze kontrakt z Charonem, któremu zapłaciliśmy z góry: dziś najczęściej mamy z czego żyć. Na lata, w których nie będziemy mogli pracować, chcielibyśmy zachować jakiś poziom życia. Sensowne w ujęciu indywidualnym są te rozwiązania, które zmuszą nas do dyscypliny i bardzo utrudnią przedwczesne przejedzenie własnych oszczędności. Nie ma żadnej możliwości wyegzekwowania takiego kontraktu w latach starości, bo jeśli ktoś (rząd czy nieuczciwy pośrednik finansowy) zaprzepaścił nasze oszczędności (lub jeśli sami ich nie poczyniliśmy), to bez wynalezienia maszyny do podróży w czasie niczego się z tym faktem nie da już zrobić.

Względne poczucie bezpieczeństwa na starość dają Charonowie, którym na reputacji zależy bardziej niż rządom. Stabilne w ujęciu ekonomii politycznej okazują się tylko te rozwiązania, w których rząd nie jest stroną kontraktu, tj. nie może za pomocą ustawy czy wyroku sądowego przywłaszczyć sobie naszych oszczędności. Oczywiście, historia widziała już pewnie wszystkie formy wywłaszczanie obywateli z ich oszczędności– rozwiązania odpornego na ekstremalny populizm czy wojny nie da się skonstruować. Ale jeśli do przejęcia oszczędności emerytalnych wystarczy mała ustawa – to zgodnie z naszym modelem nie ma kraju ani rządu, który się przed taką pokusą powstrzyma. Po oszczędności emerytalne na początku bieżącej dekady sięgnęli politycy nie tylko w Polsce, ale we wszystkich krajach od Estonii po Rumunię i Albanię. Globalny kryzys finansowy był tylko pretekstem, a uczciwie przyznać trzeba, że rozwiązania polskie należą do najbardziej wywłaszczających, choć w Polsce kryzysu nie było. Przykład Chile, jako kraju w którym filar kapitałowy wciąż nie został naruszony, też nie nakłania do optymizmu, bo w tym kraju przejęcia oszczędności próbowano już dwukrotnie, jak dotąd cudem się udało obronić prawa własności członków, ale prędzej czy później i ta twierdza legnie.

Miejscówka w łodzi Charona, jakkolwiek niekomfortowa i niefortunna, ma też pewne zalety. Co prawda nie należy liczyć na instrumenty, w których miesza rząd, bo nie można mu zaufać, że nasze oszczędności dotrwają do emerytury w stanie nienaruszonym. Z drugiej jednak strony, świadomość, że nikt i nic nie pomoże powinna wzmocnić postanowienie zajęcia się na poważnie oszczędzaniem na starość. Chodzi przecież o zabezpieczenie odpowiedniej liczby godzin rehabilitacji, wystarczającej jakości diety, dostępu do podstawowych usług itp. Z silną motywacją i brakiem wiary w cudownie sprawczą moc państwa powinno być łatwiej się zebrać. Proszę mi wierzyć, wszyscy płyniemy w tej samej łodzi.

 

Joanna Tyrowicz, Forbes, 25 listopada, 2019