Czterodniowy tydzien pracy

Czterodniowy tydzien pracy

4-dniowego tygodnia pracy chciałby Donald Tusk. W wersji Partii Razem Adriana Zandberga to 35 godzin. Czy to możliwe u nas? Jakie warunki winny być spełnione, żeby tak się stało? Czy nasz rynek jest w czymś podobny do francuskiego, gdzie wprowadzono 35-godzinny tydzień pracy?

W wypowiedzi Donalda Tuska najbardziej podobało mi się słowo „eksperyment”.

Tusk mówił o pilotażu.

Myślę, że chodzi o to samo. Od długiego czasu robimy w Polsce bez żadnego przygotowania ogromne reformy: transferów społecznych, emerytalne, podatków, płacy minimalnej, itp. – a potem nie zostaje nam nic innego jak tylko łapać się za głowę i płakać. Tymczasem jedyną drogą do optymalnych polityk publicznych są kontrolowane pilotaże, czyli właśnie eksperymenty. Dopiero na podstawie ich wyników można powiedzieć, co zadziała, a co mniej.

Wróćmy do początkowego pytania: może najłatwiej taką reformę zacząć właśnie we Francji.

To ciekawy przykład z wielu powodów, ale zacznę od najbardziej prozaicznego. Otóż, gdy w debacie publicznej w Polsce powrócił ostatnio temat skracania czasu pracy, synonimem stało się niemal od razu przedłużanie weekendu. Tymczasem Francuzi masowo, pomimo krótszej normy czasu pracy, nadal pracują te same 40 godzin w tygodniu, ale wydłużają urlopy z wypracowanych w każdym tygodniu nadgodzin. Takie rozwiązanie zostało wynegocjowane na poziomie przedsiębiorstw, w porozumieniach zbiorowych pracy czy na podobnych forach dialogu w firmach. I prawdopodobnie niewielu to przewidywało, ale okazało się, że Francuzi znacznie bardziej cenią sobie dłuższy urlop niż jedno wolne popołudnie w tygodniu.

Czy skrócenie czasu pracy doprowadziło do zwiększenia popytu na nią?

Oczywiście, ale to było dość mechaniczne: jeśli ktoś jest na urlopie, to ktoś inny musi wykonywać jego pracę.

U nas deklaracje, które padają, nie zmierzają do tego, żeby dać pracę większej liczbie ludzi. Chodzi raczej o to, żeby, jak to się określa, podnieść komfort już zatrudnionych.

Nie jestem na bieżąco z tą debatą, ale warto przypomnieć, że pomimo niskiej stopy bezrobocia, jesteśmy nadal krajem o dość niskiej aktywności, nadal poza rynkiem pracy pozostaje bardzo wiele grup społecznych. Przywrócenie osobom dziś nieaktywnym zawodowo szans na ponowne znalezienie się na rynku nie będzie łatwe i nie zdarzy się z dnia na dzień, ale też nie jest tak, że w Polsce zasoby siły roboczej są wykorzystane.

Inna sprawa, że polityki publiczne co do zasady powinny realizować jakiś konkretny cel, a ja chyba nie dosłyszałam, jaki cel społeczny ma zaspokoić skrócenie czasu pracy.

A praca krócej za takie same pieniądze nie jest po prostu atrakcyjniejsza?

Nie mam pewności, czy celem polityki gospodarczej jest podnoszenie atrakcyjności pracy, ale to bardziej zależy od naszej umowy społecznej niż od ekonomii. Na poziomie ekonomicznym to, co najbardziej odróżnia Polskę od Francji, jest długa tradycja układów zbiorowych pracy na poziomie zakładu, przedsiębiorstwa czy sektorów. W Polsce dialog uwiądł, mamy bardzo niskie uzwiązkowienie, małe zaufanie do związków zawodowych, małą rolę rad pracowniczych, niewiele jest przedsiębiorstw, w których są porozumienia zbiorowe. Ten brak tradycji dialogu między pracodawcą i pracownikami w firmie oznacza, że zazwyczaj, gdy zmienia się coś w prawie pracy czy w innych regulacjach, pracodawca na twardo wprowadza co musi, bo bardziej się boi kontroli niż pracowników. Za to na rozmowę z pracownikami w ferworze wdrażania zmian najczęściej nie wystarcza już czasu

Czy ludzie będą zadowoleni z krótszej pracy?

Nie ziszczą się oczekiwania wyższych zarobków: stawka godzinowa co prawda wzrośnie, ale w portfelu co miesiąc będzie tyle samo pieniędzy. By przybyło w portfelu ludzie musieliby pracować w nowych wolnych godzinach albo u tego samego pracodawcy, albo u innego.

Sporo badań o skróceniu czasu pracy daje wątłe podstawy by sądzić, że faktycznie wzrosła radość z pracy i życia. W jednym z krajów pewien pracodawca eksperymentalnie wprowadził 30-godzinny tydzień pracy, a ponieważ była to organizacja zajmująca się sprawami społecznymi, podeszła do tego z dużą odpowiedzialnością. Zaprosiła naukowców, robiono badania przed wprowadzeniem tego rozwiązania, w trakcie i po. Przed ludzie mieli ogromne oczekiwania, jak bardzo poprawi się ich dobrostan. Ex post okazało się, że ich wielkie marzenia w ogóle się nie zrealizowały.

Wiadomo dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że nie udało im się zrealizować pomysłów, jaki mieli na wykorzystanie dodatkowego wolnego czasu. A nie udało się m.in. dlatego, że ich nowy tryb pracy nie był zharmonizowany z trybem pracy innych ludzi, z którymi chcieli razem spędzać czas. Pierwszy wniosek jest więc taki, że nie chodzi o samą liczbę godzin dodatkowego wolnego, lecz dopasowanie tych godzin do przyjaciół czy innych członków rodziny. Jeśli każdy może wybrać swobodnie, które godziny ma wolne, to nawet jeśli uda się to skoordynować w ramach gospodarstwa domowego, to już trudniej uzgodnić to z przyjaciółmi i dalszą rodziną. De facto korzyść z dodatkowych godzin nie jest więc tak duża. I tak wracamy do ludowej mądrości Francuzów: wspólne wakacje łatwiej skoordynować niż wolne popołudnia.

Główną przeszkodą nie jest to, czy nas stać, tylko kwestie organizacyjne?

Powodów jest więcej. Ludzie lubią w wolnym czasie pójść coś zjeść, uprawiać sport, czy obejrzeć film w kinie. Chcą tam podjechać komunikacją miejską albo być zawiezieni, więc, parafrazując Stachurę, ktoś musi nie spać, żeby spać – w tym przypadku: bawić się – mógł ktoś. W zależności od kraju miedzy 10 a 20 proc. pracowników sektora prywatnego pracuje w niedziele, ok. 5-8 proc. pracuje w nocy, a ok. 15 proc. ma lub miewa tzw. długie zmiany, czyli ponad 10 godzin pracy jednego dnia. Nie ma kraju w Europie w którym większość pracowałaby od dziewiątej do piątej na umowę o pracę. Fakt, który umyka nam w codziennej debacie, to że z nas większość pracuje niestandardowo, nawet w Polsce. Żyjemy w iluzji powszechności standardowej pracy, bo jako model wzorzec piątek-poniedziałek, 9-17 jest najczęstszy, ale cały czas pracuje tak mniej niż połowa pracowników.

Ale to dobrze? Czy źle? Tych pracujących niestandardowo też przecież obejmie skrócenie czasu pracy.

Praca dla ludzi ma znaczenie społeczne i gdy nie pracujemy w ogóle, odczuwamy z tego powodu dyskomfort, nawet jeśli nas na to stać w sensie finansowym.

Ile musimy pracować, żeby dyskomfortu nie czuć?

Badania sugerują, że pomiędzy 8 a 48 godzinami tygodniowo. Poniżej ośmiu nie czujemy się pełnoprawnymi członkami społeczeństwa, powyżej 48 uważamy, że to już przesada.

Bardzo szeroki przedział.

Jest tak, bo nasza wrażliwość na zmianę czasu pracy jest w gruncie rzeczy niewielka. Nie jest tak, że ten, kto pracował 20 godzin, to przy 22 godzinach będzie wyjątkowo nieszczęśliwy, a przy 18 godzin nagle będzie bardzo zadowolony.

Często pojawiają się narracje, że trzeba pracować krócej, że automatyzacja na to już pozwala.

Ale żyjemy w świecie status quo, mamy określone nawyki, wzorce myślenia, oczekiwania. Pewnie skorzystalibyśmy z dłuższego urlopu, jak Francuzi, ale nie bardzo mielibyśmy pomysł, jak zmienić swoje codzienne życie. Zmiana normy, do której się przyzwyczailiśmy, to długotrwały proces.

Teraz perspektywa pracodawcy. Czy poradzi sobie z tym, że ma mniej pracowników?

Pracodawca ma wiele mechanizmów, żeby się dostosować do takiej zmiany. W dłuższym okresie zautomatyzuje pewne procesy. W krótszym może po prostu zmniejszyć podaż, część zdecyduje się zatrudnić więcej pracowników. Koszty jednostkowe wzrosną dla wszystkich, co przełoży się wyższe ceny. Skrócenie czasu pracy nie będzie dla większości firm Armagedonem, choć chwilowo sytuacja nie sprzyja dokładaniu pracodawcom kolejnych problemów. Każdą zmianą przedsiębiorcy będą w stanie zarządzić, ale nie każdy sposób zarządzania nam się spodoba. Automatyzacja procesów może wyglądać atrakcyjnie w folderze reklamowym, ale oznacza, że w przyszłości systematycznie będzie potrzeba mniej pracowników: jak firmy zaczynają procesy automatyzacji, to nie zatrzymują się po zrobieniu pierwszego kroku.

Czyli krótszy tydzień pracy równa się mocny impuls prorozwojowy.

Dla części firm prawdopodobnie tak, ale nie w sposób, który uszczęśliwi ich pracowników. Prosty przykład: wprowadziliśmy zakaz sprzedaży w niedzielę, więc jedna z sieci handlowych otwiera sklepy w ten dzień wyłącznie z kasami samoobsługowymi. Wdrożenie ich zabrało jakiś czas, ale raz zainstalowane i dopasowane do realiów kasy samoobsługowe mają to do siebie, że mogą działać też w inne dni niż niedziela, co na stałe zmniejsza zapotrzebowanie na kasjerów w pozostałe sześć dni tygodnia. Inny przykład: badanie ze Stanów dotyczące płacy minimalnej: ci pracodawcy, którzy byli pod największą presją wzrostów płacy minimalnej, najbardziej postawili na automatyzację.

Musimy mieć świadomość, że każda zmiana to coś za coś. I pytanie, czy „plusy dodatnie” przeważają nad „plusami ujemnymi”. Pilotaże czy eksperymenty prowadzić trzeba po to, żeby rozsądnie przedstawić ten rachunek. A czy okaże się on akceptowalny społecznie czy nie to już nie pytanie do ekonomisty tylko do ludzi i polityków.

Zatem jak powinien wyglądać eksperyment, który dałby odpowiedź na pytanie o skrócenie czasu pracy?

To zależy od tego, jaki cel polityki gospodarczej chcemy osiągnąć.

Poprawa nastrojów społecznych.

Jeżeli mielibyśmy szukać sposobu na zwiększenie ludziom satysfakcjonującego czasu wolnego, to rozwiązania z gatunku „które popołudnie chcesz mieć wolne”, nie zadziałają. Wiemy, że one nie dają takiego przyrostu szczęścia, jakiego się oczekuje i subiektywnie ludzie są potem raczej rozczarowani niż wdzięczni za zmiany.

Mój ulubiony sposób eksperymentowania to różne pomysły na różne sprawy, które ludzi unieszczęśliwiają (przecież nie jedna liczba godzin pracy ma znaczenie!), a na końcu „wyścig” rozwiązań, żeby było wiadomo, które daje nam najlepszą relację „coś za coś”. Wtedy świadomie i społecznie wybieramy to, które najbardziej poprawia zadowolenie zatrudnionych. W wielu krajach liczba godzin pracy nie jest uregulowana w kodeksie pracy. Przykładem choćby Holandia. Tam są porozumienia zbiorowe – albo branżowe, albo w przedsiębiorstwach. Co oznacza, że eksperymentowanie z krótszym czasem pracy jest bardzo łatwe, nawet na poziomie przedsiębiorstwa

Może nawet nie trzeba eksperymentu. Wiadomo, gdzie pracuje się dłużej, gdzie krócej.

Tylko nie wiadomo, czy ktoś jest w danej firmie dlatego, że tu pracuje się krócej, czy z innych powodów, więc samo porównanie zadowolenia nie pomoże nam powiązać czasu pracy z satysfakcją z pracy.

Próbuję Pana przekonać, że jeśli zmienimy nasz kodeks pracy i tam, gdzie dziś mamy 40 godzin wpiszemy 35 godzin, to nie będzie z tego wielkiego przyrostu szczęścia. Gdyby natomiast zrezygnować z definiowania liczby godzin pracy w kodeksie, a za to wymusić prawem zawarcie układu zbiorowego, który definiuje tę liczbę godzin w poszczególnych zakładach pracy, to bez żadnej odgórnej wielkiej decyzji po dwóch-trzech latach wiedzielibyśmy, do jakiego rozkładu zbiega myślenie pracodawców i pracobiorców.

Nasz kodeks pracy jest bardzo sztywny jeśli chodzi o regulowanie godzin pracy. A to przekłada się na to, że w Polsce prawie nikt nie pracuje na część etatu. Jak się patrzy na standardowe pytanie na ten temat: „dlaczego pracujesz na część  etatu?”, to w większości krajów Europy odpowiedź jest taka, że to ułatwia łączenie własnych aspiracji albo funkcji rodzinnych z pracą. A u nas: bo nie mogę znaleźć innej pracy.

Jako ludzkość mamy długoterminową tendencję do coraz krótszej pracy. Czy zejście do czterech dni jest realne w nieodległej perspektywie?

Nie wiem, czy to prawda, że czas pracy ludzkości nieustannie się skraca. To perspektywa ostatnich dwóch stuleci i to w pewnym systemie społecznym: mieszkamy w miastach, oświetlamy elektrycznością i pracujemy w dużych zakładach pracy.

Ale w tym systemie kiedyś pracowało się sześć dni po 12 godzin, później sześć dni po osiem, jedna wolna osoba, później jedna pracująca… Pracowało, ale też chodziło do szkoły.

Tak, racja, ale popatrzmy na ten trend z perspektywy „coś za coś”. W czasie kiedy szkoła była sześciodniowa, można było spokojnie pracować sześć dni w tygodniu, bo ktoś się zajmował dziećmi. W związku z tym w rodzinie wszystko do siebie pasowało. Jak zrobimy krótszy tydzień pracy bez krótszego tygodnia szkoły, to w wolnym czasie nie damy ludziom przyjemności bycia ze swoimi dziećmi.

Chyba, że będziemy mieć dłuższe urlopy, jak we Francji.

Ale wiemy też, że relatywnie wysoki odsetek Polaków nie wyjeżdża na wakacje: spędzają je w miejscu zamieszkania. Inna perspektywa: sześciodniowy tydzień nauki miał to do siebie, że dzieci uczyły się więcej niż dziś. Być może wkuwały na pamięć wszystkie dopływy Odry i Wisły, ale też miały więcej matematyki, chemii, fizyki, biologii. Być może dlatego, że ich poziom wiedzy był większy, chętniej się szczepiły i szczepiły potem swoje dzieci… Dziś nauk przyrodniczych, matematyki czy historii jest w programie znacznie mniej, świat staje się coraz bardziej skomplikowany, a nasze rozumienie go, kiedy opuszczamy system edukacyjny, jest mniejsze niż kiedyś. Nie upieram się oczywiście, by przywrócić sześciodniowy tydzień szkolny, ale co będzie, gdy skrócimy tydzień pracy do czterech dni? Przecież nie zachowamy status quo we wszystkim  poza liczbą godzin wolnego. Taka duża zmiana niesie za sobą wiele innych, których dziś nawet sobie nie wyobrażamy.

Pragmatycznie zadaje sobie pytanie, czy aby na pewno chcemy być drugim krajem w Europie i na sobie testować jakie konsekwencje niesie skrócenie czasu pracy.

Ale kiedyś do czterodniowego tygodnia pracy dojdziemy?

Czy sprawdzą się oczekiwania, że automatyzacja zajdzie tak daleko, że będziemy wszyscy superbogaci i będziemy krótko pracować? Pewnie tak, ale nie wiem, czy w horyzoncie interesującym dla Pana czy czytelników.

Do tej pory – a mówię to bardziej z lektury prac naukowych w innych dyscyplinach niż z oczami ekonomistki – aspiracje Polaków wiązały się ze wzrostem stopy życia, awansem społecznym, zwiększeniem możliwości konsumpcji. Wyraźnie w coraz większym stopniu zależy nam na bezpieczeństwie finansowym. Być może jest jakiś sposób na realizację tych aspiracji przy skróconym tygodniu pracy, ale na to pytanie odpowiemy znając wyniki pilotaży i eksperymentów.  

Dziennik Gazeta Prawna, Magazyn, 5 sierpnia 2022 r.