Nie zwalajmy wszystkiego na macierzyństwo
Niemal dekadę temu po raz pierwszy zobaczyliśmy mrożące krew w żyłach, ponure wyniki. Otóż w kraju równości i szacunku – Danii -- przyjście na świat dzieci okazało się mieć duży, negatywny i trwały wpływ na kariery zawodowe kobiet, podczas gdy mężczyźni pozostają w dużej mierze niewzruszeni. Korzystając z danych administracyjnych – czyli najlepszych jak się da – Henrik Kleven (Princeton) z różnymi grupami współautorów pokazał, że w Danii, pomimo hojnej polityki rodzinnej, długoterminowa obniżka płac po urodzeniu dziecka wynosi około 20%. Kara ta manifestowała się równomiernie na trzech poziomach: w zmniejszonym udziale w rynku pracy, mniejszej liczbie przepracowanych godzin i niższych stawkach godzinowych. Ta kara była tak duża, że wg szacunków tłumaczyła niemal 80% utrzymującej się nierówności w płacach ze względu na płeć.
W badaniu porównującym rodziny biologiczne i adopcyjne Kleven i współautorzy wykazali, że biologia – czyli czynniki takie jak ciąża, poród i karmienie piersią – nie jest kluczowym czynnikiem wyjaśniającym długoterminową różnicę w płacach. Choć kary krótkoterminowe były nieco większe dla matek biologicznych, długoterminowe kary były praktycznie identyczne dla matek biologicznych i adopcyjnych, czyli ok 20% po 10 latach od początku rodzicielstwa. Co więcej, luka była większa w krajach o bardziej tradycyjnych normach społecznych, rosnąc z ok. 20% do nawet 50% w Niemczech i Austrii. Wniosek wydawał się jasny: rynki pracy nie lubią kobiet za pełnienie roli matek, a nierówności płacowe napędzają czynniki i normy społeczne.
Te ustalenia stworzyły silny paradygmat: kara istnieje, jest trwała i jest najważniejszym elementem nierówności płci.
Ale potem Abi Adams (MIT), Mattijas Jensen (Oxford) i Barbara Petrongolo (Oxford) pomyśleli jeszcze raz. Korzystając z tych samych, duńskich danych, prześledzili co dokładnie estymują modele zaproponowane przez Klevena i współautorów. Po pierwsze, początek rodzicielstwa nie zawsze oznacza to samo. Dla jednych to pierwsza decyzja po opuszczeniu szkoły, a dla innych zdarzenie po na przykład dziesięciu latach kariery zawodowej. Po drugie, początek rodzicielstwa przynajmniej dla części osób ma ciąg dalszy w postaci drugiego lub nawet trzeciego dziecka. Po trzecie, wiek urodzenia pierwszego dziecka przekłada się na liczbę lat pomiędzy kolejnymi dziećmi oraz na prawdopodobieństwo kolejnych dzieci. Plus trwałość małżeństwa. Plus różnice w poziomach wykształcenia. Wreszcie: zasadnicze znaczenie ma to, jak potraktujemy dochody ze świadczenia macierzyńskiego i innych transferów otrzymywanych przez rodziców. Wszystkie te efekty występowały w danych Klevena i współautorów, ale nie było o nie korekty w ich metodzie. W nauce tak czasem bywa, że pierwszy pomysł jest super mądry – ale nie jest doskonały. Adams, Jensen i Petrongolo udoskonalili metodę Klevena korygując o te wszystkie czynniki.
I co wyszło? Dla kobiet z wyższym wykształceniem oszacowania są o ponad dwie trzecie niższe niż sugerowane przez Klevena i współautorów na tym samym zbiorze danych. Nawet w przypadku kobiet bez średniego wykształcenia kara za rodzicielstwo wynosi połowę poziomu sugerowanego przez Klevena i współautorów. Wnioski są takie same, niezależnie od tego, czy patrzymy na łączne dochody, stawkę godzinową czy liczbę przepracowanych godzin.
Jaki z tej polemiki naukowej wniosek dla nas? Nadal prawdą jest, że pracodawcy płacą kobietom niższą płacę za taką samą pracę, bez uzasadnienia w ich potencjale zawodowym, tj. po uwzględnieniu faktu, że część z nich pracuje na część etatu, a rodzinnie korzystać mogą z rozmaitych transferów społecznych. Lecz ta dyskryminacja – kara za macierzyństwo – nie tłumaczy nawet połowy obserwowanych na rynku pracy nierówności ze względu na płeć. I nawet nie chodzi o to tylko, że w wielu społeczeństwach Europy dzisiaj 15-20% kobiet w ogóle nie zostanie matkami. Chodzi o to, że nieuzasadnione indywidualnymi cechami nierówności płacowe ze względu na płeć pojawiają się na długo przed urodzeniem pierwszego dziecka, a później odzwierciedlają znacznie więcej niż tylko macierzyństwo.
Choć Kleven i współautorzy wykazali, że dzieci są istotnym źródłem nierówności na rynku pracy ze względu na płeć, a sama „kara” za macierzyństwo jest zjawiskiem trwałym i niezwiązanym z czystą biologią, Adams, Jensen i Petrongolo pokazują, że nierówności na rynku pracy to znacznie więcej niż normy społeczne i uprzedzenia związane z macierzyństwem. Znaczenie ma nie tylko hojność systemu – m.in. długość urlopu wychowawczego i wysokość świadczenia w tym okresie – ale także uprzedzenia i nieuprawnione danymi heurystyki stosowane przez managerów i pracodawców tak przed urodzeniem pierwszego dziecka jak i po powrocie do pracy. Bez porzucenia fałszywych narracji na pewno równości nie zbudujemy.
Dziennik Gazeta Prawna, 10 lipca 2026 r