Nawet Nowa Zelandia nie jest wyspą...

Nawet Nowa Zelandia nie jest wyspą...

Covid-19 pokazał, że żaden kraj (nawet Nowa Zelandia!) nie jest wyspą. Wirus nie zwraca uwagi na granice i ze swojej natury rozprzestrzenia się z jednego regionu na drugi, i z jednego kraju na drugi. Jeżeli takie „epidemiologiczne” powiązania między krajami albo regionami są duże, to teoria ekonomii powie nam, że lockdowny między regionami należy koordynować.

A jak duże są te powiązania? Badania ekonomistów z Uniwersytetu Humboldta pokazały, że efektem zamknięcia granic w ramach Strefy Schengen było zmniejszenie nowych przypadków o ok. 6% (z miliona to 60 tys. osób!). Z moich własnych badań wynika, że co siódmy przypadek nowego zakażenia w Stanach Zjednoczonych był efektem kontaktów między osobami z różnych stanów. Podobne wyniki uzyskali badacze z regionalnego oddziału Rezerwy Federalnej w Filadelfii.

Z punktu widzenia ekonomii, wyniki te sugerują, że brak międzynarodowej koordynacji w ograniczeniach działalności gospodarczej może prowadzić do większej liczby zachorowań, niż byłoby to optymalne (ekonomiści rzeczywiście powiedzą, że optymalna liczba zachorowań jest dodatnia – koszt całkowitej eliminacji wirusa jest po prostu zbyt wysoki). Wynika to z tego samego powodu, który w ogóle skłania rządy do wprowadzania jakichkolwiek ograniczeń. W końcu każdy człowiek wie, że jak pójdzie na siłownię albo do restauracji, to może się zarazić. Jeżeli jest gotów podjąć takie ryzyko, to dlaczego rząd ma stawać na przeszkodzie? Jedna osoba mniej lub więcej nie robi różnicy. Ale 10 tys. osób już taką różnicę robi – decydując się dobrowolnie na ryzyko zachorowania, zwiększamy potencjalną pulę osób która stwarza ryzyko dla innych. W ekonomii nazywa się to „efektem zewnętrznym” – działania jednej osoby nie mają wpływu na całą populację, ale jeżeli duża grupa podejmuje takie same działania, to suma ich zachowań już taki wpływ ma. Klasycznym przykładem efektu zewnętrznego jest decyzja, żeby pojechać gdzieś samochodem. Jeden dodatkowy samochód na drodze ma prawie zerowy wpływ na natężenie ruchu – ale suma wszystkich ma już wpływ bardzo duży.

W przypadku lockdownów, problem polega na tym, że działania (lub ich brak) w jednym kraju lub regionie, mają wpływ na rozwój epidemii u sąsiadów. Z moich badań wynika, że gdyby w Stanach Zjednoczonych gubernatorzy szesnastu stanów, w których restrykcje były minimalne, zwiększyli je chociaż do średniej krajowej, to liczba infekcji w pozostałych stanach spadłaby na przestrzeni całego roku o dwa miliony! Inne badania sugerują, że gdyby wszystkie stany skoordynowały swoje restrykcje, to ponad połowę ofiar pandemii w Stanach Zjednoczonych można było uratować.

Uważny czytelnik na pewno zauważył, że wpływ jednego regionu na drugi jest trochę inny, niż wpływ jednego samochodu na natężenie ruchu – gubernator Florydy albo prezydent Francji wiedzą, że ich region ma wpływ na sąsiadów oraz, że sąsiedzi mają wpływ na nich. Teoria ekonomii w tym przypadku powie nam, że zasada wedle której pan na zagrodzie równy wojewodzie, ma dodatkowy, negatywyny skutek. Otóż gubernator jednego stanu ma interes w tym, żeby trochę poluzować lockdown (który przecież kosztuje) i przerzucić część kosztów walki z pandemią właśnie na sąsiada.

Kto zatem powinien decydować o otwieraniu/zamykaniu szkół, restauracji, albo siłowni – lokalne władze czy rząd? Wszystko zależy od tego, w jakim stopniu epidemia rozprzestrzenia się z jednej części kraju na drugą.

GRAPE | Tłoczone z danych dla Dziennika Gazety Prawnej, 14 maja 2021 r.

Tags: 
Tłoczone z danych