Dlaczego oszczędzamy?
Łukasz Krzempek
Nie jest chyba przesadą stwierdzenie, że oszczędności to najważniejsze, a na pewno jedno z kilku najważniejszych pojęć ekonomii w całej jej historii. W klasycznym ujęciu Keynesa równe są inwestycjom – to, co oszczędzający ulokuje w banku, trafia w formie kredytu do inwestora. Oszczędności budują kapitał, a kapitał stanowi źródło produkcji. Oszczędność jest cnotą, gdyż wyrzeczenie się dzisiejszej przyjemności na rzecz zwielokrotnienia jej w przyszłości wpisuje się w ideały cierpliwości, racjonalności i technokratycznego stoicyzmu. W końcu, to dzięki oszczędzaniu, powiedzą niektórzy, jedni mają więcej, a inni mniej – zarówno normatywne, jak i pozytywne stanowiska zdają się wręcz prześcigać w opiewaniu oszczędności.
Zadziwiającym się może więc wydać, jak niewiele uwagi poświęca akademicka ekonomia motywom popychającym ludzi do oszczędzania. W standardowym podejściu makroekonomistów, jedynym motywem skłaniającym ludzi do zaoszczędzenia części dochodu jest „wygładzanie konsumpcji” – czyli dbanie o to, by poziom życia rozkładał się jak najrówniej przez cały czas jego trwania. W szczególności obejmuje to odkładanie na emeryturę, oszczędzanie więcej w czasach wysokiego dochodu, gdy możemy spodziewać się, że w przyszłości on spadnie, a także tak zwane oszczędności przezornościowe, biorące się z awersji do ryzyka.
Taka postać preferencji konsumentów wkomponowana jest w jądro niemal wszystkich współczesnych modeli makroekonomicznych – od analizujących wzrost gospodarczy, po te dające bezpośrednie rekomendacje dla polityki monetarnej. Ciężko jednak nie przyznać, że omijamy w ten sposób wiele innych motywów, wydających się równie prawdopodobnymi z punktu widzenia wyjaśniania oszczędności. Od chęci przekazania spadku potomstwu, przez status dawany przez majątek, aż po władzę, która bierze się z posiadania – czynniki mniej związane z samą konsumpcją nie dają o sobie zapomnieć kiedy zastanawiamy się nad źródłem zwłaszcza największych majątków.
Koncepcja oszczędności motywowanych jedynie wygładzaniem konsumpcji ma jeszcze bardziej zasadniczy mankament. Analiza takich modeli prowadzi zawsze do tego samego wyniku teoretycznego – stałej krańcowej skłonności do oszczędzania. Oznacza to, że niezależnie od dochodu (za wyjątkiem najbiedniejszych, bezpośrednio dotkniętych przez ograniczenie płynności), każdy agent w takim modelu oszczędza (a więc i konsumuje) taką samą część swojego dochodu. Wyobrażenie Jeffa Bezosa próbującego skonsumować ten sam odsetek swojego rocznego dochodu, co przedstawiciel klasy średniej, jawi się jako co najmniej zabawne.
Ludwig Straub z Uniwersytetu Harvarda postanowił przedstawić twarde liczby obalające to założenie. Korzystając z danych Panel Study of Income Dynamics, największego amerykańskiego badania ankietowego dotyczącego finansów gospodarstw domowych, szacuje on współczynnik zakrzywienia konsumpcji jako funkcji majątku. Wartość 1, oznaczająca funkcję liniową, potwierdzałaby poprawność specyfikacji modeli opartych na wygładzaniu konsumpcji. Jak nietrudno się jednak domyślić, nie taki jest wynik estymacji Strauba. W zależności od specyfikacji regresji, otrzymuje on wyniki od 0.55 do 0.78, oznaczające funkcję wklęsłą. Potwierdza to intuicyjny wniosek – im ktoś jest bogatszy, tym mniejszą część swojego dochodu konsumuje, a większą zaoszczędza.
Straub nie poprzestaje na krytyce dotychczasowych modeli, ale proponuje zmodyfikowane podejście. Wkomponowuje do „funkcji użyteczności”, stanowiącej matematyczne przedstawienie preferencji konsumentów, bezpośrednią korzyść z posiadania majątku, podczas gdy w wariancie domyślnym obejmuje ona jedynie sumowanie zdyskontowanej użyteczności z konsumpcji. Sam interpretuje to jako motyw spadkowy, ważony prawdopodobieństwem śmierci i pozostawienia majątku potomkom, ale przyznaje, że równie dobra jest interpretacja związana z władzą i bezpieczeństwem zapewnianymi przez majątek.
Przekłada się to na szereg wyników pomagających rozwiązać zagadki z którymi od lat mierzy się ekonomia. Przykładowo, łączny majątek nie jest już neutralny względem nierówności, jak dzieje się to w tradycyjnych modelach. W modelu Strauba im bardziej nierówno rozłożony jest dochód, tym większa jego część zostaje zaoszczędzona. W efekcie wzrost nierówności tłumaczyć może zarówno rosnący stosunek majątku do dochodu narodowego (jak obserwuje to w niemal wszystkich krajach rozwiniętych Thomas Piketty), a także spadającą stopę procentową.
Badanie Strauba, jeśli przełoży się na faktyczną reakcję ekonomistów, co z racji zarówno na uznanie, jakim cieszy się ten badacz, jak i siłę jego argumentów, może wywołać prawdziwą rewolucję w modelowaniu. Za sprawą zaznaczanej we wstępie roli oszczędności, sposób, w jaki podchodzimy do ich ujmowania w teoriach ekonomicznych, propaguje na wyniki w znacznym stopniu. Możemy spodziewać się więc w nadchodzących dekadach rewizji wielu klasycznych rezultatów i rozwikłania zagadek frasujących dotąd ekonomistów.
