Wiara, wiedza i wzrost gospodarczy
Czy modlitwa może spowolnić gospodarkę? A może ją przyspieszyć? Ekonomiści coraz częściej zaglądają tam, gdzie kiedyś wstęp mieli tylko teologowie — do duszy społeczeństw. Odkrywają przy tym, że religia ma bardzo materialne skutki: wpływa na poziom edukacji, dochodów, a nawet na tempo wzrostu PKB.
Mara P. Squicciarini (Uniwersytet Bocconi), badając XIX-wieczną Francję, pokazuje, że religijność zaczęła hamować rozwój gospodarczy dopiero w momencie, gdy postęp technologiczny zaczął wymagać od pracowników bardziej specjalistycznych kompetencji. Jako wskaźnik religijności autorka przyjmuje odsetek duchownych, którzy odmówili złożenia przysięgi wierności rewolucji w 1791 roku. Okazuje się, że regiony silnie katolickie stawiały opór państwowemu programowi nauczania technicznego, wprowadzonemu po 1870 roku, preferując tradycyjną edukację religijną.
W efekcie, 10–15 lat później, gdy te roczniki wchodziły na rynek pracy, zatrudnienie w przemyśle było tam istotnie niższe. Pracownicy ukształtowani przez system stawiający na katechezę, a nie na nauki ścisłe, nie byli przygotowani do obsługi maszyn drugiej rewolucji przemysłowej. Mechanizm blokujący rozwój był więc bardzo konkretny: konflikt między doktryną religijną a wiedzą niezbędną dla nowoczesnej gospodarki.
Inny obraz wyłania się z badań Saschy O. Beckera i Ludgera Woessmanna z Uniwersytetu Monachijskiego, analizujących XIX-wieczne Prusy. Autorzy podważają słynną tezę Maxa Webera o protestanckiej etyce pracy jako źródle dobrobytu, proponując w jej miejsce wyjaśnienie oparte na kapitale ludzkim. Ich zdaniem wyższy poziom rozwoju gospodarczego regionów protestanckich był niezamierzonym skutkiem postulatu Marcina Lutra, by każdy wierny samodzielnie czytał Biblię. To religijne zalecenie stało się niespodziewanym motorem powszechnej alfabetyzacji.
Bazując na danych ze spisów powszechnych dla 452 pruskich powiatów, badacze potwierdzają, że regiony protestanckie rzeczywiście cechowały się wyższymi dochodami oraz szerszym zatrudnieniem w przemyśle i usługach. Kluczowy jest jednak inny fakt: po statystycznym uwzględnieniu poziomu alfabetyzacji, bezpośredni wpływ wyznania na wyniki gospodarcze całkowicie znika. Dowodzi to, że o przewadze ekonomicznej decydowały konkretne umiejętności, a nie specyficzna etyka pracy czy skłonność do oszczędzania.
Aby wykazać przyczynowość, badacze wykorzystali odległość od Wittenbergi jako niezależny punkt odniesienia (tzw. instrument). Pozwoliło to dowieść, że protestantyzm rozprzestrzeniał się wokół tego miasta niezależnie od ówczesnych warunków gospodarczych. Wniosek jest klarowny: Reformacja zwiększyła alfabetyzację, a ta z kolei przełożyła się na dobrobyt. Co kluczowe, wpływ samej umiejętności czytania na zarobki okazał się identyczny u protestantów i katolików, co ostatecznie podważa tezę o szczególnej „etyce” religijnej jako źródle wzrostu.
Jeszcze dalej idą wnioski Davide Cantoniego (Uniwersytet Monachijski) i jego współautorów. Badacze ci analizują Reformację jako proces ekonomiczno-polityczny, a nie tylko kulturowy. Przed 1517 rokiem Kościół katolicki działał jak monopolista, dyktujący wysoką „cenę za legitymizację” władzy – płatną w ziemi, zwolnieniach podatkowych i wpływach politycznych. Luteranizm, oferując „tańszą alternatywę zbawienia”, złamał ten monopol i wzmocnił pozycję negocjacyjną władców.
Autorzy dokumentują masową likwidację klasztorów w regionach protestanckich — do 1600 roku ich liczba spadła tam o ponad dwie trzecie. Kluczowe jest to, co się stało z majątkiem: nie został on przekazany nowemu Kościołowi, lecz uległ sekularyzacji. W Hesji władca przejął aż 40% dóbr klasztornych, a w Wirtembergii środki te posłużyły do oddłużenia państwa i budowy świeckich rezydencji. Wyniki te sugerują, że to zmiana układu sił i twarda realokacja zasobów, a nie sama ewolucja mentalności, odegrały decydującą rolę w narodzinach nowoczesnego państwa.
A co z innymi religiami? Współczesne badanie Filipe’a Campante’a (Uniwersytet Johnsa Hopkinsa) i Davida Yanagizawy-Drotta (Uniwersytet w Zurychu) pokazuje, że wpływ wiary może iść w przeciwnym kierunku. Analizując dane z krajów muzułmańskich, autorzy odkryli, że każda dodatkowa godzina postu w Ramadanie obniża roczny wzrost PKB o około 0,7 punktu procentowego, ale jednocześnie zwiększa subiektywne zadowolenie z życia o niemal 10%. Ludzie mniej pracują, ale czują się szczęśliwsi. W czasie postu mniej się produkuje, za to więcej się rozmawia, modli i spędza czas z rodziną. Ekonomia traci, ale społeczeństwo zyskuje poczucie sensu.
Wszystkie te badania prowadzą do wspólnego wniosku: religia jest cichym współautorem rozwoju. Czasem przyspiesza go, gdy sprzyja edukacji i akumulacji kapitału ludzkiego. Innym razem go spowalnia, gdy przesuwa akcent z innowacji na duchowość. W obu przypadkach jej wpływ jest namacalny, mierzalny i — jak pokazują ekonomiści — niemożliwy do zignorowania.
Dziennik Gazeta Prawna, 19 czerwca 2026 r.