Nierówności rosną więcej niż proporcjonalnie
Największe globalne metropolie liczą dziesiątki milionów mieszkańców, a w najmniejszych wioskach mieszka zaledwie kilka osób. Jedne firmy stają się globalnymi korporacjami, o budżecie przewyższającym PKB niejednego niepodległego kraju, a inne od dziesiątek lat prowadzą skromny zakład usługowy. Dysproporcje istnieją w niezliczonych innych obszarach życia, a choć na ich genezę i narastanie decydujący wpływ mają indywidualne charakterystyki, statystycy od lat poszukują opisującej je ogólnej teorii. Takiej, która opisywałaby, jak dwa miast założone w podobnym czasie i podobnych okolicznościach, po stu latach mogą różnić się rozmiarem o rzędy wielkości.
W ten sposób narodziło się, jeszcze w latach 30, prawo Gibrata. Opisuje ono sytuację, w której stopa wzrostu jest niezależna od rozmiaru jednostki. Wzrost jest wówczas multiplikatywny: w czasie w którym miasto liczące tysiąc mieszkańców rozwinie się do dwóch tysięcy, populacja miasta milionowego wzrośnie o drugi milion. Kluczowej roli nabierają w takich okolicznościach czynniki losowe, chwilowo różnicujące stopę wzrostu. Nawet minimalnie wyższy wzrost pewnej jednostki w danym okresie wprowadzi różnicę, która narastać będzie wykładniczo.
Proces ten (przy komponencie losowym pochodzącym z rozkładu normalnego) generuje log-normalny rozkład jednostek w populacji, zaskakująco dobrze odpowiadający niejednej dziedzinie. Jednym z intuicyjnie przychodzących do głowy zastosowań jest badanie nierówności majątkowych. Koncentrowanie się bogactwa w rękach wąskiej grupy budzi w ostatnich kilkunastu latach szczególne zainteresowanie ekonomistów, a prawo Gibrata dawałoby pewną intuicję odnośnie ich genezy. Ma ono wówczas bowiem interpretację klasycznie konkurencyjno – kapitalistyczną: na wolnym rynku wszyscy mają dostęp do tej samej stopy zwrotu z inwestycji, a różnice wynikają z charakterystyk takich jak wypadki losowe, indywidualna nieroztropność, czy zwyczajnie szczęście. Uwaga ekonomistów powinna się wówczas skupić na tym, jak łagodzić propagowanie owego losowego procesu przez pokolenia.
Ekonomiści Xavier Gabaix, Jean-Michel Lasry, Pierre-Luis Lions i Benjamon Moll obalają jednak tę hipotezę. Pokazują analitycznie, że struktura wzrostu nierówności w ostatnich latach nie daje się wytłumaczyć proporcjonalnym, multiplikatwnym wzrostem Gibrata. Najbogatsi mają bowiem dostęp do systematycznie wyższej stopy zwrotu, co sprawia, że najwyższe kwantyle rozkładu majątków „odjeżdżają” reszcie szybciej, niż wynikałoby to jedynie z wyższego poziomu wyjściowego. Oznacza to w szczególności, że patrzenie na rynki kapitałowe przez pryzmat najczęściej wykorzystywanego przez ekonomistów modelu „doskonałej konkurencji” prowadzić może do utraty istotnej, a nawet i kluczowej części obrazu – istniejącego intuicyjnie u większości z nas wrażenia, że „duży może więcej”.
Taka wizja rozwoju nierówności powinna zwielokrotnić niepokój, z jakim myślimy o ogromnych dysproporcjach między biednymi a bogatymi. Prowadzi bowiem nieuchronnie do prognozowania nierówności eksplodujących. Ekonomiści, lubujący się w kategorii „stanów ustalonych” (czyli stanów gospodarki w modelu do których powraca ona samoistnie, wytrącana przez szoki), mogą być zmuszeni przyznać, że wzrost nierówności nie ma naturalnej granicy. Wyobrażenia dystopijnej przyszłości w której kilka osób kontroluje całość światowych zasobów wcale nie muszą być już traktowane jako przejaw radykalnego pesymizmu.
Nietrudno dojść do wniosku, że w obliczu tej wiedzy jeszcze większego znaczenia nabiera systemowe przeciwdziałanie narastaniu nierówności. Niestety, tu wieści zdają się być jeszcze gorsze. Szeroko komentowana praca Hubmera, Krusella i Smitha z 2021 roku, wykorzystująca jeden z najbardziej jak dotąd zaawansowanych strukturalnych modeli ekonomicznych, uwzględniający m.in. różnice w stopie zwrotu, wskazuje że czynnikiem mającym największy wpływ na wzrost nierówności majątkowych w USA w ostatnich 40 latach było… wycofywanie się z progresji podatkowej. Co gorsza, model prognozuje, że nawet pozostawiając obecny system podatkowy, udział w globalnym majątku jednego promila najbogatszych wzrośnie dwukrotnie, osiągając niemal 40%. W analogii do terminologii nauk klimatycznych, możemy więc zapytać, kiedy osiągniemy punkt krytyczny, od którego demokratyczne społeczeństwa utracą kontrolę nad samonapędzającymi się nierównościami. Albo, co gorsza, czy aby już go nie przekroczyliśmy.